Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 859 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Koto-gorie...

Zdjęcia w galeriach.


Można się było tego spodziewać - czyli zemsta na kotach

niedziela, 27 września 2009 10:37
Niektórzy z moich czytelników zapewne pamiętają historię z płytą chodnikową, za pomocą której został zawalony otwór w ogrodowej siatce - gdzie bezdomniaki dostawały zimą jedzenie. Wspominałam o niej także w poprzednim wpisie. Okazuje się, że po aferze wycięcia Olchowej ośmiu iglaków, otwór w siatce został wczoraj znowu zawalony ciężką płytą, a ta płyta została podparta inną płytą. Widocznie Olchowa uznała, że sprawcami jej straty są... działkowe koty. Udało mi się płytę nieco przesunąć, by podać kotom trochę suchej karmy. Robi się coraz zimniej. Działkowe bezdmniaki pamiętają, że mogą się tutaj pożywić i w tym miejscu  czeka ich na jedzenie już kilka. Tyle o kotach działkowych.
Okazuje się, niestety, że Głucholka jednak zaraziła się od Burki III kocim katarem. Kicha jak z armaty i jutro muszę iść z nią do weterynarza. Okres wylęgania się tej choroby to dziesięć dni. Właśnie tyle dni minęło, gdy zachorowała Burka. Teraz widocznie przyszła kolej na Głucholkę. Ech...


Szkoda gadać...

Wasza ciotka.
                   

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Czy przetrwają?

piątek, 25 września 2009 11:58
Małe kociaki - póki co - mają się dobrze. Rozrabiają jak pijane zające i są w całkiem niezłej kondycji. Mamuśka, czyli ta dzika kotka, jest przy nich coraz rzadziej. Już chyba maluchów nawet nie karmi. "Opiekunem" i towarzyszem zabaw małych pyryków jest ten   kociak, który urodził się wiosną i jako jedyny uszedł z życiem. Jego siostrzyczka, do niedawna rezydująca na mojej działce, zniknęła i już się nie pojawia na karmienie.  Prawdopodobnie zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. O podrostka też się niepokoję. Złapał katar i nie wiem, czy to jest zwykłe przeziębienie, czy też katar koci. Niestety, kocurek nie daje się złapać i o zaniesieniu go do weterynarza nie ma mowy. Ostatnie, ostre spadki temperatury w nocy wystawiają tę kocią brać na wielką próbę przetrwania, tym bardziej, że z przebywania w altanie już nie chcą korzystać. Wystawiłam im na ganek budkę styropianową. Może w nocy z niej skorzystają. To tyle dziś o działkowych kotach. Domowa kocica - Burka III już, na szczęście, wyzdrowiała. Antybiotyki zrobiły swoje. Głucholka od Burki nie złapała kociego wirusa i to zakrawa na cud. Tymczasem i mnie dopadło przeziębienie - jak to jesienią bywa. Co prawda, zatrzymało się niejako na progu, ale i tak jestem osłabiona.

WIECZOREM  

 Gdy wchodziłam po południu na działkę, zatrzymała mnie przy furtce jedna z działkowiczek. - Widziała pani? - bez zbędnych wstępów przeszła do rzeczy - Olchowej ktoś wyciął tuje. I to nie wszystkie, które posadziła pod płotem, ale pięć, albo sześć. - Pani sama zobaczy. Faktycznie. Niedawno posadzone szpalerem przez Olchową tuje były ucięte tuż przy ziemi, a sprawca wycięcia nawet nie zadał sobie trudu, by ukryć swój uczynek. Czubki tuj leżały na ziemi jako dowody tego czynu. Hmmm... pomyślałam sobie. Chyba nie zrobił tego jakiś pazerny działkowicz, bo tuje byłyby wykopane, a nie ucięte. Więc kto odważył się przeleźć przez ogrodową siatkę i najprawdopodobniej z narzędziem w dłoniach? Kto dokonał aktu zemsty na Olchowej za wycięcie olch? - bo na to mi cała ta sprawa wyglada. Ostrzegałam Olchową, że jest obserwowana przez okolicznych mieszkańców sąsiadujących z działkami bloków. Także przez młodzież z sąsiadującej z działkami szkoły. Oczywiście wtedy była zbyt pewna siebie, by jakieś wnioski z mojej przestrogi wysnuć. Mam nadzieję, że tym razem zastanowi się nad planowanym, dalszym wycinaniem olch. Acha! Kuta furtka jeszcze stoi, ale podobno ktoś już się przy niej kręcił. Pożyjemy - zobaczymy. I jeszcze jedno. Dziś zauważyłam, że Olchowa znowu próbowała zadrutować otwór w siatce, gdzie bezdomniakom wykładane jest jedzenie. Drut usunęłam. Poszło mi to całkiem gładko. Znowu można wykładać tam karmę. Pewnie znowu do jakiegoś czasu. Ech...

Wasza ciotka

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Koniec "niewoli" w altanie

piątek, 18 września 2009 22:28
            Gdy przedwczoraj weszłam do altany - prawie zamarłam. Jeden z kociaków był w poważnej opresji. Oplątał się sporym kawałem materiału, którym przykrywałam styropian (w zimie buduję z niego budkę dla kotów). Część materiału utkwiła mu w gardle i pewnie gdyby nie moje przyjście, biedak pewnie by się zadławił. Ruszyłam ostro w kierunku   kociaka by go oswobodzić i w tym momencie zostałam zaatakowana w głowę przez kocicę - mamuśkę. Małego pyrtka udało mi się uratować, ale po chwili poczułam jak krew strużką płynie mi z czubka głowy. Zdenerwowanie kocicy jestem w stanie zrozumieć, ale żeby aż tak wrogo była do mnie nastawiona? Pomyślałam sobie, że powinnam już kociaków nie trzymać w altanie, bo to może być powód zdenerwowania mamuśki.
Gdy wychodziłam - zostawiłam lekko uchylone okno, które wychodzi na ganek. Kociaki natychmiast zorientowały się, że jest to okno dające im wolność i swobodę poruszania się po otwartej przestrzeni.
Nazajutrz  szłam na działkę z duszą na ramieniu. Okazało się, że moje obawy o maluchy były zupełnie bezpodstawne.  W ciagu doby nauczyły się włazić na  starą jabłonkę, oczywiście pod baczną  opieką mamuśki.  Poznają teraz najbliższe okolice altany i buszują  w  krzakach.  Nawet  zapoznały się  ze starszym o kilka miesięcy kolegą -  ślicznym buraskiem, który właściwie jako jedyny  uchował się  z wiosennego miotu.  Okna  altanowego nie zamykam by kociaki miały się gdzie schronić w razie jakiegoś zagrożenia. Poza tym noce są już zimne, więc skrytka pod wersalką w altanie może być bardzo przydatna maluchom przed chłodem. Mam nadzieję, że nie zachorują.
          Niestety, zachorowała tymczasem jedna z moich domowych kotek. Dopadł ją koci katar i dzisiaj znów byłam z nią u weterynarza. Nie obeszło się oczywiście bez antybiotyku, który mam jej podawać przez dziesięć dni. Pominę już drobny szczegół, że umęczyłam się okropnie niosąc ją do lecznicy w kontenerze. Burka III do szczupłych kotów nie należy, waży bowiem 5,5 kg Jest co dźwigać. Ech, te koty...

Wasza ciotka
                    

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Koty rosną na potęgę

niedziela, 13 września 2009 22:35
Małe pyrtki z altany rosną na potęgę i rozrabiają. Wynalazły wielki kłębek nici i wyciągnęły go na środek. Oczywiście musiałam zabrać im tę zabawkę, bo z nićmi nie ma żartów. Kocia mamuśka w dalszym ciągu jest wrogo do mnie nastawiona i nie pozwala zbliżać się ani do maluchów, ani do siebie. Gdy podaję żarełko, muszę bardzo uważać, by znowu mnie nie zaatakowała. Żal mi kociaków, że muszą jeszcze przebywać w altanie, ale doświadczenia z wiosny, gdy ktoś ukatrupił trójkę kociąt "mojej" wściekłej kotki, są aż nadto wymowne. Apetycik maluchom też dopisuje. Rzucają się na przyniesione jedzenie z entuzjazmem i wylizują miskę do czysta. Nauczyły się też korzystać z kuwety z piaskiem. Takie eleganckie są te kociaki. Jak mi powiedział zaprzyjaźniony weterynarz - kociaki mogą przebywać w takich warunkach jeszcze przez miesiąc, czyli do połowy października. Potem zrobi się zimno i maluchy w jesiennych chłodach nie przetrwają. Póki co - mam inny kłopot. Kociaki powinny być cywilizowane, jeśli mają trafić do ludzi. Powinnam je brać na ręce i oswajać. Tymczasem ta wściekła mamuśka postepuje jak już wspomniałam. Kociaki - co prawda - już nie uciekają pod wersalkę na mój widok, ale o wzięciu ich na ręce nawet nie ma mowy. Tak, czy inaczej - mam jeszcze około miesiąca czasu na całkowite oswojenie małych.
Jutro odbieram ze sklepu zoologicznego dwadzieścia kilogramów suchej karmy po bardzo ulgowej cenie. Justynka dotrzymała słowa i karmę załatwiła. O pieniądze na zapłacenie będę się martwić później. Teraz mam inne kłopoty. Wczoraj musiałam pojechać z Burką III do "Psiej Kości". Kocica miała problemy jelitowe i konieczna była wizyta u weterynarza. Zostawiłam tam 45 PLN, ale zaaplikowane lekarstwa Burce zdecydowanie pomogły.
Jeśli idzie o sprawy działkowe, oraz moją "ulubioną" Olchową, dziś, gdy przechodziłam obok jej działki, usłyszałam fragment rozmowy tej pani z prezesiną. Opowiadała jak to będzie wycinać następne olchy, bo są... zygzatowate. Prezesina zapytał, czy ma zezwolenie na wycinkę, ale odpowiedzi Olchowej, niestety, już nie usłyszałam. Z tego, co wiem - to zarząd RODz , czyli pan prezes powinien wystąpić do Wydziału Ochrony Środowiska o wydanie takiego zezwolenia. Pewnie Olchowa już sobie taką bumagę załatwiła, bo jak powiedziała jednej z działkowiczek - u niej wszystko musi być formalnie załatwiane. I z pewnością jest. Bycie pracownikiem spółdzielni mieszkaniowej, na której terenie są działki, do czegoś przecież zobowiązuje, szczególnie gdy się jest pracownikiem odpowiadającym za zieleń na moim osiedlu. Po prostu szkoda nawet gadać na ten temat. Nie jest wykluczone, że znowu będę musiała wykonać telefon do Wydziału Ochrony Środowiska i zapytać - jak to jest z wydawaniem zezwoleń na wycinkę drzew. Prawdopodobnie usłyszę w słuchawce, że pani T. cieszy się u urzędników tego wydziału bardzo dobrą opinią i po prostu urzędnicy mają do niej zaufanie. Jej bezczelna pewność siebie i arogancja chyba jednak ma swoje, mocne uzasadnienie. Okazuje się także, że żelazna i kuta furtka, którą wstawiła rozcinając ogrodową siatkę, okalającą cały obszar działek, także musiała mieć zgodę prezesa od działek. Nic dziwnego, że prezesina zgadza się na wszystko, co dotyczy Olchowej. Jak dziś usłyszałam - zwracają się do siebie po imieniu jak starzy totumfaccy znajomi.
I właściwie to tyle, co miałam do zakomunikowania. Szkoda tylko, że tych dobrych wiadomości jest jednak mało.

Wasza ciotka.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Rewelacyjne wiadomości

sobota, 05 września 2009 23:51
Gdyby nie te rewelacyjne wiadomości, które powinnam przekazać moim czytelnikom, pewnie odłożyłabym pisanie notatki na zaś potem, ponieważ dzisiaj zostałam kontuzjowana. Palnęła mnie w palec prawej ręki swoim ostrym pazurem mamuśka małych kociaków. Strzał kociego pazura był tak celny, że uszkodził naczynko krwionośnie i zrobił mi się mały wylewik. Ale do rzeczy. Dzisiaj dowiedziałam się jak przebiegało czwartkowe zebranie. Podobno awantura goniła awanturę i krzykom społeczności działkowców nie było końca. Kłócili się o wszystko. O przeciętą siatkę ogrodową (słusznie), o stalową furtkę Olchowej, którą owa pani sobie akurat zafundowała w miejscu przecięcia siatki, o koty, o gołębie i takie tam drobiazgi. Najwięcej dostało się prezesinie, który obiecał, że ustapi ze stanowiska wczesną wiosną. I dobrze. Nadawał się do tej funkcji jak wół do karety. Nie mniej ważną wiadomością jest to, że pan i władca działkowych posiadłości, czyli gospodarz-gołębiarz (zapiekły wróg wszystkiego, co się rusza poza gołębiami oczywiście) także zrezygnował z tej "zaszczytnej" funkcji - podobno ze względu na stan zdrowia. Gospodarzowania na działkach podjął się całkiem sympatyczny pan, który dość niedawno wszedł w posiadanie kawałka ziemi. Jednym słowem - zapaliło się światełko nadziei, że na "moich" działkach skończą się rządy ludzi, którzy uważali, że będą panoszyć się tutaj do końca świata. Pozostaje jeszcze problem wycinania drzew przez Olchową i wyjaśnienie - w jaki sposób weszła w posiadanie 400-tu metrów społecznego kawałka ziemi i od kogo ją "kupiła" - jak sama z uporem twierdzi. Gwoli wyjaśnienia dodam, że działki leżą na terenach należących do spółdzielni mieszkaniowej, a jak mi wiadomo - spółdzielnia gruntami nie handluje.

Teraz krótko o małych kociakach - mieszkańcach mojej altany. Obydwa są śliczne i jak na razie - zdrowe. Dzika mamuśka, co prawda, broni do nich dostepu w dalszym ciągu, ale maluchy już nie uciekają na mój widok. Wczoraj zauważyłam, że zaczęły jeść z miski, co dobrze rokuje na przyszłość. Może dadzą się ucywilizować, bo są tak urocze, że powinny zostać przez kogoś zaadoptowane. Przedwczoraj wstawiłam do altany kuwetę z piaskiem. Natychmiast pojęły do czego to urządzenie służy. Zadziwiające jest jednak to, ich matka tak zaciekle nie pozwala do nich podchodzić. Prawdopodobie pamięta, że jej poprzedni, wiosenny miot został przez kogoś zlikwidowany. Acha! Dwa podrostki (jeden z nich na zdjęciu) z pewnością nie dadzą się już oswoić.
 I jeszcze jedna ważna sprawa. Niezawodna Justynka, która ma w swoim domu dwa koty uratowane z działek, obiecała że zorganizuje mi 20 kg suchej karmy na zimę i to za całkiem dostępną cenę. Powiedziała także, że ma dla mnie specjalne, kocie drzwiczki, które będą zainstalowane w dużych drzwiach altany. Jednym słowem - kocim bezdomniakom z działek tej zimy będzie się powodziło nieco lepiej. I o to przecież chodzi.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  116 290  

Czasu żal...że ucieka.

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

relojes web gratis

Może kiedyś...

Bo ja wiem?

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Staram się...

Koty, jako stworzenia niezależne, zawsze stanowiły przedmiot mojego podziwu, ba - powiem więcej - nawet uwielbienia. Po latach przebywania z nimi pod jednym dachem nie mogę powiedzieć, że znam ich nat...

więcej...

Koty, jako stworzenia niezależne, zawsze stanowiły przedmiot mojego podziwu, ba - powiem więcej - nawet uwielbienia. Po latach przebywania z nimi pod jednym dachem nie mogę powiedzieć, że znam ich naturę dostatecznie. Zawsze bowiem potrafią zaskoczyć mnie te wyjątkowe zwierzaki czymś zupełnie nowym...Może właśnie dlatego poświęcam im tyle czasu?

schowaj...

Szkoda gadać...

Autorka "Bajek..." ukończyła Kulturoznawstwo ze specjalnością filmoznawczą na U.Ł. Uzdolniona plastycznie - posiada w swym twórczym dorobku kilka wystaw, poświęconych głównie tkaninie artystycznej, która stanowi swoisty komentarz do rymowanych wierszyków adresowanych do dzieci, chociaż nie tylko...

Cyfry to potęga!

Odwiedziny: 116290
Wpisy
  • liczba: 343
  • komentarze: 1572
Galerie
  • liczba zdjęć: 25
  • komentarze: 19
Punkty konkursowe: 2000
Bloog istnieje od: 3816 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl