Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 205 637 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Koto-gorie...

Zdjęcia w galeriach.


Jeśli to koci blog - to znowu będzie o kotach

niedziela, 11 lipca 2010 17:22
            Od pewnego czasu współpracuję z fundacją "Kocia Mama" Izy Milińskiej. Pani Iza Milińska pomogła mi, przynajmniej częściowo,rozwiązać problem działkowych kotów. Piszę o tym szerzej na moim drugim blogu (bajdurki.bloog.pl) oraz w artykułach (www.wiadomosci24.pl).
Dzisiejszy wpis stanowi konsekwencję nawiązanych z "Kocią Mamą" - przyjaznych kontaktów, ponieważ sprawa, o której pisze pani Iza Milińska, jest sprawą interwencyjną i wymaga szybkiego rozwiązania.
Koty z ul. Pietrusińskiego
Kocia Mama ma za cel naczelny sterylizację i leczenie kotów bezdomnych, a także uczenie miłości, odpowiedzialności i szacunku w stosunku do wszystkich kotów, tych domowych i tych co wolą być obok nas.
Fundacja "Kocia Mama" stanęła przed kolejnym, trudnym wyzwaniem. Samotna kobieta, umierajaca na raka wątroby opiekuje się ośmioma kotami. Koty są łagodne, miłe, po sterylizacji i kastracji - w wieku od 5 do 16 lat (w tym ślepy od urodzenia kocurek).
Opiekunka kotów musi iść do szpitala i nie ma z kim pozostawić kotów. Szukała pomocy wszędzie. W jednym z łódzkich TOZ-ów usłyszała: "A po co to było tyle kotów brać do domu? Teraz to się płacze."
Fundacja "Kocia Mama" zwraca się z prośbą o pomoc dla tych kotów z ul. Pietrusińskiego. Przed adopcją każdy z kotów zostanie przebadany i zaszczepiony na koszt fundacji. Każdy z nich otrzyma także książeczkę zdrowia.
Osoby, które wykażą chęć adoptowania któregoś z kotów - proszone są o kontakt: Julita 508056876 oraz Ania 508216785
Sprawa jest bardzo pilna ze względu na pogarszający się stan zdrowia ich opiekunki.

Tyle w największym skrócie o kotach z ul. Pietrusińskiego i ich opiekunce. W dramatycznym liście z prośbą o pomoc są także zdjęcia kotów. Zamieszczm niektóre z nich:


Urocza Blanca


16-letnia Seniorka


Czarna kotka

Mam nadzieję, że apel Izy Milińskiej nie pozostanie bez echa. Podobno nawet najmarniejszy kot jest arcydziełem,a te - potrzebujące pomocy są arcydziełem do kwadratu.

Wasza ciotka wraz z fundacją "Kocia Mama".

Podziel się
oceń
0
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

Nic nie trwa wiecznie

środa, 05 maja 2010 14:35
            Doszłam do wniosku, że formuła kociego blogu właściwie się już wyczerpała. Rozprawianie na okrągło o tym samym męczy zarówno mnie, jak i pewnie blogerów, którzy tu jeszcze zaglądają. Oczywiście z mometem zaprzestania pisania na tym blogu problemów mi nie ubędzie, ale przynajmniej nie będę miała osobistego obowiązku relacjonowania o nich tutaj .
Bloga, póki co, jeszcze nie kasuję. Niech sobie jeszcze jakiś czas powisi. W końcu wisiał tu trzy lata... Kurcze, ale ten czas leci...
Wszystkich sympatyków "Kici, kici - czyli o kotach" serdecznie pozdrawiam i dziękuję, że wpadaliście tutaj od czasu do czasu.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Oj, dzieje się, dzieje...

piątek, 23 kwietnia 2010 11:06
           Życie nie znosi próżni. I tak jest z kotami na działkach. Miejsce po kociakach Weteranki zostało wypełnione innymi kociakami. Urodziła je na ganku altany inna kotka w ilości trzech. Ta kotka była jednak mądrzejsza od Weteranki, bowiem kociaki przyszły na świat na metalowej szafie - ulubionym punkcie obserwacyjnym wszystkich bezdomniaków. Zauważyłam, że kocie oseski są pod baczną opieką nie tylko ich matki, ale także innej kotki. Ani na moment nie są same, więc żaden intruz nie ma prawa do nich się dobrać. Ostatnie zimne dni i jeszcze bardziej zimne noce wystawiają na próbę odporność maluchów, ale mam nadzieję, że nie zachorują.
Weterance  podaję raz na tydzień środki antykoncepcyjne by nie przyszły jej do głowy znowu jakieś kocie amory. Chyba także przejęła rolę stróża na ganku, bo leje po pyskach inne koty, które zbliżają się do misek z jedzeniem. Jednym słowem - Weteranka rządzi i ma do tego prawo.
Jeśli zaś idzie o moją domową trójkę - Olka wyrasta na pięknego kota i zmienia kolor sierści. Już nie jest czarnym diabełkiem ale... ciemnobrązową czekoladką. Takiego kota jeszcze nie miałam. Jest po prostu śliczna. Czeka ją jednak zabieg sterylizacji, ponieważ natura domaga się swoich praw, a kotka właśnie ma drugą w swoim krótkim życiu chcicę. Ech...
A ja? A ja właśnie złapałam infekcję przeziębieniową - co wiosną się przecież zdarza. Oby tylko ustąpiła jak najprędzej. Na chorowanie nie mam ani czasu, ani ochoty.

Wasza ciotka.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Nie dzieje się nic

środa, 07 kwietnia 2010 12:21
         Po tragedii z kociakami Weteranki właścwie wszystko powróciło do normy. Kocica pilnuje altany, młode podroślaki z ubiegłego roku rozrabiają i cieszą się z cieplejszych dni. Na działce oczywiście jestem codziennie i w miarę sił i chęci staram się ją doprowadzić do jakiego takiego wyglądu po zimie.  Inni działkowicze też oczywiście to robią, ale staram się nie wchodzić w interakcję z  nimi, choć zdarza mi się  słyszeć utyskiwania na obecność kotów.  Celuje w tym  kobieta, której przeskadza akurat wszystko, łącznie z ptakami.  Ostatnio słyszałam jak pyskowała do wnuka, który jej pomagał przy porządkowaniu działki. Temat pyskówki oczywiście dotyczył kotów. - No to co? - usłyszałam odpowiedź wnuka - mam je pozabijać? Ciekawa reakcja... Mam nadzieję, że do eksterminacji kotów jednak nie dojdzie.
Wasza ciotka


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Tragedia

środa, 31 marca 2010 9:27
         Takiego obrotu sprawy nie przewidziałam. Weteranka już nie ma swoich dzieci. Gdy pojawiłam się wczoraj   na działce - kocica wybiegła mi na przeciw i głośnym miauczeniem dawała sygnały, że coś się stało... Zajrzałam do budki by sprawdzić czy wszystko z kociakami jest w porządku. Maluchów w budce nie było... I pewnie uznałabym, że Weteranka zabrała je w bezpieczniejsze miejsce, gdyby nie to, że ku swojemu przerażeniu zauważyłam leżący obok budki... kawałek kociej łapki.
Kociaki prawdopodobnie zostały wyciągniete z budki przez jakiegoś dzikiego kocura i zeżarte.
Tiaaak... przyroda jest okrutna. Nawet nie chce mi się komentować tego faktu, ponieważ z takim okrucieństwem natury spotkałam się bezpośrednio po raz pierwszy.


Jeśli zaś idzie o pocztowego gołębia, ptak odpoczywał na balkonie przez szenaście godzin i wczoraj o godzinie 10.oo wystartował do dalszego lotu. Mam nadzieję, żę szczęśliwie dotarł do swojego gołębnika - ku radości jego właściciela.
Wasza ciotka.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Od przybytku głowa nie boli?

poniedziałek, 29 marca 2010 22:15

Weteranka (mówią także na nią Guzowata) jest na działkach kotem nr 1. Jakimś cudem udaje jej się przetrwać w tych ekstremalnych warunkach. Odkąd pamiętam - zawsze na działkach rezydowała. W maju minie równo dziesięć, gdy weszłam w posiadanie swojego miniaturowego ogrodu. Weteranka jest dlatego Guzowata, że nosi na brzuchu guz wielkości jabłka, ale widocznie ten guz nie jest guzem rakowym, skoro ta stara kocica ma się całkiem dobrze. Weterankę szczególnie wyróżniam spośród innych działkowych kotów, ponieważ jest matką Głucholki i Pięknego Maniusia (zginął z działek na dobre) i chciałabym by żyła jak najdłużej.
Gdy dzisiaj, dzień jak co dzień, przyszłam na działkę - nic nie wskazywało, że zaszły tu jakieś zmiany. Piątka kotów, w tym także Weteranka, rzuciła się na jedzenie. Po posiłku koty rozeszły się każdy w swoją stronę - poza Weteranką, która zaczęła wygrzebywać posłanie z jednej ze styropianowych budek . Nagle... z tej budki usłyszałam miauczenie kociego oseska. Podeszłam zaciekawiona bliżej i zdębiałam: w budce znajdowały się dwa ślepe kociaki, które - jak się okazuje - są nowo narodzonymi dziećmi Weteranki. Ta cholernica musiała ten fakt ukrywać, bo kocie maluchy nie wyglądają na to, że urodziły się wczorajszej nocy, ale kilka dni wcześniej.
Z wiadomością popędziłam do koleżanki weterynarz. Anka powiedziała jedno zdanie: - Nie będziemy ich zabijać. Znajdzimy dla nich jakiś dom...
I tyle o kocim przybytku. Gdy wróciłam do domu, czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Na zewnętrznym parapecie okiennym siedział... bardzo rasowy gołąb i do tego zaobrączkowany. Znaczy się, że to gołąb hodowlany i wędrowiec skrzydlaty. Moje trzy kocice wprost oszalały, ale gołąb nic sobie z nich nie robił. Widocznie był bardzo wyczepany lotem, bo inaczej jego spokoju nie da się wytumaczyć. Wysypałam mu garść ziarna i wystawiłem miskę z wodą. Po chwili zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie trzeba powiadomić Związku Hodowców Gołębi, ponieważ już kiedyś ratowałam gołębia z obrączką. Na szczęście przypomniałam sobie, że jeden z moich znajomych jest hodowcą gołębi i do niego zadzwoniłam. Jak się dowiedziałam - czerwona obrączka na nodze gołębia to znak, że ptak urodził się w ubieglym roku. Na moje zdziwienie, że gołąb nie reaguje na koty - znajomy odparł, że widocznie... przebywa w swoim miesjcu "zamieszkania" z kotami. Zmrok zapadał a gołąb ani myślał odlecieć Na parapecie siedzi do tej pory. Widocznie uznał, że tutaj przenocuje przed dalszą podróżą. Gdyby jednak ptak jutrzejszego ranka był na parapecie w dalszym ciągu i nie zamierzał odfrunąć - mam zawiadomić mojego znajomego. Trzeba będzie gołębia zlapać i sprawdzić - skąd konkretnie pochodzi i zawiadomić hodowcę. Informacje takie znajdują się na obrączce.
Wydarzenia dzisiejszego dnia i moje siły nieco wyczerpały. Podobno od przybytku głowa nie boli, ale czasami jest właśnie na odwrót.
Wasza ciotka.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Na przywitanie wiosny - czyli znowu o olchach

sobota, 20 marca 2010 15:40
Pierwszy, wiosenny ranek dziś był piękny. Słońce w całej krasie, ciepło i świergot ptaków. Gdy krzątałam się po mieszkaniu i szykowałam do wyjścia - usłyszałam złowróżbne odgłosy pilarki, dobiegające od strony lasku olchowego i działek. Wiedzona złym przeczuciem, odłożyłam na potem zakupy i udałam się w kierunku działek. Oczywiście! Mój sluch i złe przeczucia nie były fantasmagorią. Olchowa z brygadą pilarzy kontynuowała dzieło wycinania drzew olchowych na swojej działce. Gdy się tam pojawiłam - zostały już wycięte trzy dorodne drzewa, czyli w sumie od ubiegłego roku zostało wyciętych ich dziesięć. Coś jednak w tym dzisiejszym wycinaniu było jednak nowego. Robotnicy pod przewodnictwem Olchowej bardzo się spieszyli z robotą i wyraźnie zacierali ślady po wycince. Nawet trociny były skrzętnie zgarniane i ładowane przez Olchową do worków. Wycięte drzewa, gdy się tam pojawiłam, zostały pocięte na kawałki i w pośpiechu ładowane do samochodu. Całą tę operację obserwowałam z odległości około trzydziestu metrów, ale i tak wzbudziłam zainteresowanie jednego z pilarzy, ktory zaczął mi się bacznie przyglądać. Oczywiście w tej sytuacji ani nie mogłam podejść bliżej, ani też wykonać zdjęć komórką. Dla osób, które nie są zorientowane w poczynaniach Olchowej mam informację, że teren, na którym są zlokalizowane działki, nie jest niczyją prywatną własnością. Należy do spółdzielni mieszkaniowej, w której pracuje Olchowa i odpowiada za... osiedlową zieleń, a działka została jej "podarowana" dwa lata temu przez zarząd ogrodów działkowych. Prawdopodobnie ( już nie po raz pierwszy) pani Olchowa wykorzystała swoje znajomości w Wydziale Ochrony Środowiska by zezwolenie na wycinkę tylu olch sobie załatwić.
Oczywiście dzisiejsze wycinanie olch stało się przedmiotem komentarzy mieszkańców sąsiadującego z działkami bloku. Ludzie uważają, że wycinka jest bezprawna. Na mój komentarz w tej sprawie, że skoro tak uważają - powinni zadzwonić po straż miejską lub powiadomić o zaistniałym fakcie inżyniera miasta. - Pani - usłyszałam w odpowiedzi - to nic nie da, bo kobita ma chody u urzędników, a można się tylko narazić takim telefonem. Ja także nie będę interweniować w tej dzisiejszej sprawie. Doszłam do wniosku, że skoro nie ja jedna widzę tę dewastację drzewostanu ( napisalam już na ten temat kilka artykułów), niech postawą obwatelską wykażą się też inni świadkowie wycinania olch pod ich oknami.
Zdjęcie, które zamieszczam poniżej, zostało wykonane w ubiegłym roku i oddaje, mniej więcej, to co dziś także zobaczyłam. Tej dorodnej olchy, która jest widoczna na fotografii, także już nie ma. Została wycięta dzisiaj w pień.

Wasza ciotka.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Zima do morza?

sobota, 13 marca 2010 12:39
         Z długoterminowych prognoz jasno wynika, że zima nie zamierza tak łatwo się poddać i pewnie będziemy ją czuć na karku do połowy kwietnia. Moje meteorologiczne i optymistyczne pzewidywania okazały się jednak błędne. Cóż... każdy się może pomylić. Ruch w przyrodzie wskazuje jednak, że coś na tym polu jednak się zmienia...
         Wracając do naszych "baranów", czyli działkowych kotów - cała gromadka ma się dobrze i nawet jeden bidulek, co to chorował, wraca do zdrowia. Kilka dni słońca sprawiło, że ciepełko na ganku altany zamieniło ten "lokal" w kocią wygrzewalnię.
          Acha! Wczoraj będąc na zakupach spotkałam właściciela "Psiej kości". Oczywiście zamieniliśmy kilka zdań na temat kondycji kotów, ale ważniejsze dla mnie w tej rozmowie było to, że  moja książka, podarowana przychodni, stanowi wg opinii pana M. skuteczny sposób na rozśmieszanie załogi "Psiej kości". Podobno weterynarze sięgają do niej w momentach trudnych. A skoro "Bajdurki..." "dyżurują" w sali operacyjnej - resztę sobie sami dośpiewajcie. Tiaaak...  i kto by pomyślał, że  moje wierszydełkowe bajdurki o zwierzętach będą miały jakiś wpływ na  przebieg zabiegów operacyjnych psów i kotów.
I to właściwie tyle - co mam Wam do przekazania. I jeszcze jedno. Pewnien niemiły epizod sprawił, że zaczęłam się zastanawiać nad zlikwidowaniem bloga. Póki co - postanowiłam jednak tego nie czynić. Psy szczekają - karawana idzie dalej...

Wasza ciotka.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Zima w odwrocie

wtorek, 02 marca 2010 13:13
            Nawiązując do poprzedniej notatki - donoszę, że wielki koto-żbik jednak wyniósł się z działek, czyli był to kot wędrujący. I całe szczęście, że postanowił opuścić ganek altany, ponieważ jeszcze z jedną gębą do żywienia wcale nie jest mi po drodze. Koty altanowe jednak nie pozostają mi dłuże i rewanżują się za opiekę drobnymi prezentami. Dwa dni temu znalazłam na podłodze ganku kawał skórki od słoniny - przyniesiony przez jakiegoś kota. Skórkę wywaliłam do ogrodu, ale wczoraj znowu została przywleczona i położona dokładnie w tym samym miejscu. Skórkę znowu wywaliłam. Ciekawa jestem czy i tym razem koty postawią na swoim.
Jeśli zaś idzie o moją domową gromadkę - chcica Olki daje mi nieźle popalić. Olka drze się jak opętana i wyraźnie ma ochotę na potomstwo - co, jak wiecie, byłoby gwoździem do mojej trumny. Wisi nade mną konieczność wysterylizowania Olki, ale ta operacja tzw. "metodą wiedeńską" - czyli znacznie mniej inwazyjną - kosztuje 190 zł. To całkiem sporo jak na moje aktualne możliwości finansowe. Mam rozmawiać w tej sprawie z właścicielem "Psiej kości". Może uda się wynegocjować niższą cenę za zabieg. Ech...
W tytule napisałam, że zima w odwrocie. Faktycznie. Po ogromnych zwałach śniegu pozostały tylko resztki. W osłoniętych od wiatru miejscach wyłażą z ziemi co odważniejsze roślinki. Chyba jednak się nieco pośpieszyły, bo w marcu jak w garncu.

Wasza ciotka.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Nowa gęba do karmienia?

piątek, 26 lutego 2010 12:22
         Wczoraj na działkach spotkała mnie nowa niespodzianka. Na ganku altany zastałam wielkiego kocura, wylegującego się jak gdyby nigdy nic. Nawet specjalnie nie przejął się moją obecnością i mimo że ganek opuścił - cały czas był w pobliżu altany. Po jego mordce widać było, że przeszedł już nie jedno i jakaś baba nie jest w stanie go przestraszyć, ani przegonić. Mam nadzieję, że jest to kot wędrujący, ale z pewnością nie dziki. Przyznam, że takiego wielkiego kota jeszcze nie widziałam. Skąd się wziął? Pojęcia nie mam. Jest dość łagodny, a koty działkowe nic sobie z jego obecności nie robią. I teraz się zastanawiam - czy to jest nowa gęba do karmienia, czy też wizyta kota ma charakter okazjonalny.
Kończą mi się właśnie zapasy karmy zgromadzonej na zimę. Korzystając z tego, że we wtorek pojechałam do śródmieścia, wdepnęłam przy okazji do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami by o jakiś przydział karmy się popytać. Nic nie załatwiłam. Jak mnie poinformował prezes tej instytucji - karma dla kotów wydawana jest w środy, a ja pojawiłam się tam we wtorek. Jak pech, to pech. Nie ma co. Brykiety wydawane przez TOZ w ilości 3 kg "na głowę" osoby ubiegającej się o taki rarytas i tak są dosyć kiepskiej jakości i koty, nawet bezdomne, nie chcą ich jeść.
Musiałam poprawić sobie samopoczucie i wpadłam wczoraj do zaprzyjaźnionej lecznicy weterynaryjnej w celu podarowania mojej książeczki z wierszydełkami (także o kotach).
Okazuje się, że moja wizytka wprawiła weterynarzy w dobry nastrój, choć w poczekalni był akurat niezły ogonek, składający się ze zwierząt potrzebujących medycznej pomocy i ich właścicieli.
Oczywiście książeczkę musiałam jakoś zadedykować. Zrobiłam to tak: "Świetnej społeczności z "Psiej Kości" - autorka". Przy okazji też mi się rymnęło. Było mi bardzo miło, gdy mój ulubiony lekarz weterynarii - pan Łukasz, odłożył na chwilę przyjmowanie pacjentów i zabrał się do wertowania "Bajdurek ciotki Pleciugi dla dzieci dużych i małych". Myślę, że pan Łukasz będzie czytał bajdurki także swojemu małemu synkowi... :)

Wasza ciotka

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 września 2016

Licznik odwiedzin:  108 099  

Czasu żal...że ucieka.

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

relojes web gratis

Może kiedyś...

Bo ja wiem?

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Staram się...

Koty, jako stworzenia niezależne, zawsze stanowiły przedmiot mojego podziwu, ba - powiem więcej - nawet uwielbienia. Po latach przebywania z nimi pod jednym dachem nie mogę powiedzieć, że znam ich nat...

więcej...

Koty, jako stworzenia niezależne, zawsze stanowiły przedmiot mojego podziwu, ba - powiem więcej - nawet uwielbienia. Po latach przebywania z nimi pod jednym dachem nie mogę powiedzieć, że znam ich naturę dostatecznie. Zawsze bowiem potrafią zaskoczyć mnie te wyjątkowe zwierzaki czymś zupełnie nowym...Może właśnie dlatego poświęcam im tyle czasu?

schowaj...

Szkoda gadać...

Autorka "Bajek..." ukończyła Kulturoznawstwo ze specjalnością filmoznawczą na U.Ł. Uzdolniona plastycznie - posiada w swym twórczym dorobku kilka wystaw, poświęconych głównie tkaninie artystycznej, która stanowi swoisty komentarz do rymowanych wierszyków adresowanych do dzieci, chociaż nie tylko...

Cyfry to potęga!

Odwiedziny: 108099
Wpisy
  • liczba: 343
  • komentarze: 1494
Galerie
  • liczba zdjęć: 25
  • komentarze: 19
Punkty konkursowe: 2000
Bloog istnieje od: 3430 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl